sobota, 19 grudnia 2015

Co z moimi roślinami...

Dawno nie wspominałem o moich domowych roślinach. A przecież one nie zniknęły, cały czas sobie rosną :)

Na początek stewia, bez zdjęcia bo i nie ma co fotografować. Praktycznie wszystkie padły, bez względu na to co z nimi robiłem. Porządnie urosła jedna, hmmmm... Ponieważ w międzyczasie posiałem jeszcze kilka więc mam cztery kolejne malutkie sadzonki. Przesadziłem do dużej skrzynki i zobaczę co z nich będzie. Ale poza tym na razie stewię odpuszczam.

Moja szałwia – chyba najlepiej rosnąca roślina. Jakiś czas temu część przesadziłem do ogródka i przyjęła się pięknie. Oczywiście teraz już jej nie ma, mam nadzieję zobaczyć ją znowu na wiosnę. Za to ta w skrzynce to coś pięknego. Ostatnio znowu ją obcinałem i robię kolejny macerat olejowy na mydło szałwiowe. Na zdjęciu poniżej tuż po obcięciu, dosłownie na drugi dzień, ale jak ją znam to szybko urośnie ponownie.

skrzynka z szałwią


Pomidory – to był mój Wielki Eksperyment. Fajnie było by mieć pomidory w domu, w środku zimy. A tymczasem... pomidory sobie rosną. No właśnie – ROSNĄ i prawie nic poza tym. Nie wiem jak rośnie ten gatunek ale moje porobiły się naprawdę spore. Te stojące na oknie wyrosły ponad szybę i u góry utworzyły prawie dżunglę :)

Pomidorowa dżungla

Te stojące na podłodze też trochę „wybujały” ale mniej, no i nie są tak rozrośnięte. Podejrzewam, że to ze względu na dużo mniejsze doniczki. Wszystkie maja dużo kwiatów, całe kiście. Nie przyszło mi jakoś do głowy fotografować tych kwiatków ale uwierzcie, że są :) Niestety prawie wszystkie kwiaty opadają nie dając żadnych owoców. Do tej pory tych owoców było 4 albo 5 i prawdopodobnie więcej nie będzie.

pomidor już się nadaje do jedzenia

Zastanawiałem się dlaczego i prawdopodobnie winna jest niska temperatura w moim mieszkaniu. Z tego co się doczytałem to pomidory raczej lubią ciepło. Są oczywiście odmiany odporne na zimno ale ta do nich nie należy. No cóż – nie wyrzucę żywych roślin ale raczej nic już z tych pomidorów nie będzie. W przyszłym roku muszę spróbować z inną odmianą.
Szkoda bo gdyby z tych wszystkich kwiatów które są na krzakach były owoce to miałbym co jeść przez dłuższy czas :) A owoce mają naprawdę ciekawy smak.

A to moja papryczka – sangria. Ta nie ma problemów, regularnie daje trochę owoców. Papryczki są malutkie, o ciekawym smaku – ani ostre, ani słodkie. Fajny dodatek od czasu do czasu na kanapkę albo do sałatki. Zbieram nasiona, posadzę sobie jeszcze ze dwa – trzy krzaczki.

sangria

Jest jeszcze chili którego nie sfotografowałem – na razie bez owoców, i buzdyganek który nie chce kiełkować więc nie ma co fotografować :) I na koniec COŚ! To jest zagadka – sadziłem coś całkiem innego i to co sadziłem po prostu nie wyrosło. Zdarza się. Za to przy brzegu doniczki pojawiła się mała roślinka która rosła całkiem dobrze. W końcu przesadziłem ją do większej doniczki a ona urosła w coś takiego:






 









 Jak ktoś wie co to może być to będę wdzięczny za informację.

wtorek, 17 listopada 2015

Na początku było siemię lniane...

Dawno, dawno temu moja babcia zmieliła siemię lniane z cukrem i dała mi spróbować. Było genialne. Powiedział mi, że to jest bardzo zdrowe ale za dużo nie wolno tego jeść. No i tak jadłem przez jakiś czas po łyżeczce dziennie. Potem dorosłem i prawie o tym zapomniałem.

W ostatnich "Okruchach" wspomniałem o "przekąsce" deserowej... No właśnie, jakoś w ostatnim czasie przypomniało mi się to siemię mielone z cukrem. Zrobiłem sobie oczywiście i zjadałem rano i wieczorem po łyżce. Aż któregoś dnia przeczytałem, że len absolutnie mi nie zaszkodzi, nawet w dużej ilości. YES! Zaczęło się!

Dość szybko doszedłem do tego, że robiłem (i nadal robię) sobie mieszankę nasion. Najczęściej wyglądało to tak, że w młynku do kawy mieliłem siemię lniane, słonecznik i odrobinę cukru, tak do smaku tylko. Czasem dodawałem tam jeszcze dynię, kokos i sezam. Oczywiście nie wszystko na raz, do młynka by nie weszło. Trzeba było zmielić to w 2-3 partiach, wymieszać w filiżance i już - deser gotowy. Konkretne ziarna, proporcje i ewentualną ilość cukru trzeba sobie dobrać według gustu. Eksperymentowanie z tym to sama przyjemność :)

Na koniec zostawiłem najlepsze według mnie połączenie. Jest bardzo proste: 5-6 łyżeczek sezamu, płaska łyżeczka cukru (może być niepełna, jak lubisz) i 3 czubate łyżeczki wiórków kokosowych. Jak smakuje? Trzeba spróbować! :)

poniedziałek, 9 listopada 2015

Poranek Kombinowania z Soją.

Wczoraj miałem Poranek Kombinowania z Soją. w planach było mleko sojowe albo tofu i jakiś serek/twarożek z wytłoczyn (okary).

Znalazłem w Internecie dwie metody przerabiania soi:
- soję miksuję z wodą, odcedzam i dopiero gotuję
- soję miksuję z wodą, gotuję i dopiero odcedzam

Robiłem już kiedyś tofu i wtedy wybrałem metodę drugą. Teraz też.

Najpierw w ruch poszła maszynka do mięsa - namoczona dzień wcześniej soja została skręcona. Potem otrzymany miąższ trafił do gotującej się wody. Dość szybko temperatura doszła ponownie do wrzenia i zaczęły się wytwarzać ogromne ilości piany. Kto gotował soję ten wie... ;)

I tutaj wrócę do rad znalezionych w necie:
- zdejmij na kilka minut a potem dalej gotuj
- polewaj pianę wodą
- zbieraj pianę łyżką

Nie wiedząc na co się zdecydować zdjąłem na chwilę garnek z płytki, polałem pianę wodą a to co zostało zebrałem łyżką :) Potem jeszcze jakieś 10 min. gotowania i odcedzanie (wyobraź sobie "dojenie" na gorąco bo oczywiście nie chciało mi się poczekać).

W międzyczasie powstał taki plan: mleko zostaje a resztę dzielę na dwie części: z jednej coś serowego, z drugiej ciastka.

"Serową część" zalaną odrobiną wody podgrzałem do wrzenia, dodałem sól, pieprz, paprykę i na koniec ocet jabłkowy coby się trochę ścięło (tofu ścinało się bardzo ładnie). Całość do odsączenia; nie chciało mi się długo czekać więc wycisnąłem ręcznie i zostawiłem przyciśnięte talerzykiem obciążonym słoikiem z wodą.

"Część ciastkowa" - najpierw z części mleka zrobiłem Zagęszczone Sojowe Mleko Słodzone: szklankę mleka + 8 łyżeczek cukru ogrzewałem dość długo co chwilę mieszając. Wyszło... cholernie słodkie mleko :)
Do reszty okary dosypałem płatków owsianych, w ilości jakieś 2/3 okary, wbiłem jajko i dolałem wspomniane mleko. Uformowałem takie niewielkie "kotleciki"  (bardzo się rozlatywały) które trafiły do piekarnika, który się kończył dogrzewać do 180 st. Po jakichś 30-35 min były lekko przyrumienione więc odwróciłem je na drugą stronę - niestety działa mi tylko górna grzałka i spód był miękki i taki "nie bardzo".
Wynik: ciastka niezłe tylko brakowało w nich bakalii. To zarówno moje zdanie jak i reszty rodziny. Zwykłe orzechy uratowałyby temat, a jeszcze jakieś suszone owoce...

Wrócę do "części serowej": po trzech godzinach prasowania odwinąłem to coś co miało być serkiem. Przy pierwszym dotknięciu rozleciało mi się na sojowe "wióry" :). Prawdopodobnie maszynka za mało to rozdrobniła, być może takie coś nie zetnie się tak po prostu od octu tylko potrzebuje czegoś więcej. Wiem, że daje się zagęszczacze ("sklejacze"), a u mnie tego zabrakło. No ale miałem co miałem - przegotowaną i doprawiona okarę. Dodałem oliwy i mam "coś na chleb" :) Nie lubię wyrzucać jedzenia...

A co z mlekiem? Trafiło na kilka godzin do lodówki, piłem dopiero wieczorem. Ma bardzo silny, roślinny smak, taki "strączkowy" :). Tak prawdę mówiąc średnio mi odpowiada, spróbuję je jeszcze doprawić czymś, może chociaż dosłodzić. Nigdy nie piłem mleka sojowego i nie wiem jak smakuje to ze sklepu. Chociaż bez względu na to podejrzewam, że moje i tak smakuje bardziej NATURALNIE :).

środa, 4 listopada 2015

Mleko roślinne cz. 2 – mleko owsiane.

Komu by się chciało bez przerwy obierać orzechy? Mnie nie :). Trzeba było wymyślić inne mleko. Przeczytałem o owsianym... hmmm... owsianka jest tania i jednocześnie bardzo zdrowa.
Kiedy jednak zacząłem „wnikać w szczegóły” zaczęły się chody. W przepisie który miałem na początku pisało żeby owsiankę zalewać zimną wodą bo się poskleja. W innym przepisie znalezionym w necie autor (lub autorka) wspomina, że woda ma być gorąca. W kolejnym przeczytałem, że ma być ciepła a w jeszcze innym, że zalewamy wrzątkiem :)

Pozostały eksperymenty. Na początku chciałem wypróbować ten sposób z wodą zimną, niestety akurat nie było wystudzonej więc zalałem taka jaka była czyli ciepłą :). Zostawiłem na jakieś dwie godziny w związku z czym owsianka MOCNO napęczniała. Potem mikser – od razu „drutki”, namoknięta owsianka jest bardzo miękka i nie trzeba się specjalnie męczyć. Kilka minut miksowania i odcedzam. Owsianka puściła trochę ”kleju” w związku z czym szmatka zatkała się prawie od razu. Ale jak poprzednio – najpierw łyżeczka, potem „dojenie” i poszło całkiem nieźle.

Smak - z początku prawie zawód, „no niezbyt, niezbyt...”. Odrobinkę dosłodziłem i schowałem do lodówki. I nie wiem co mnie tknęło ale na drugi dzień zabrałem toto do pracy. Niespodzianka – wypiłem z przyjemnością i chciałem więcej :) Niespodzianka? ;)

Do tej pory eksperymentowałem jeszcze z zalewaniem wodą zimną i gorącą.
Przy zimnej mleko szybko się rozwarstwia ale wystarczy zamieszać i można pić. Smak jest troszkę inny ale opisać dokładnie nie potrafię. Może jako „odrobinę bardziej mączny”. Jednak biorąc pod uwagę cenę owsianki i prostotę przygotowania warto po prostu sprawdzić samemu.

Po zalaniu wodą gorącą otrzymujemy mleko bardzo kleiste. Mnie ostatnio wyszło coś w rodzaju rzadkiego budyniu. Może ktoś lubi ale ja nie za bardzo. Wpadłem jednak na kreatywny pomysł i rozcieńczyłem wodą :) Oczywiście całość lekko posłodzona, ale naprawdę niedużo. Smak – genialny.
Następnym razem zamiast słodzić spróbuje doprawić na ostro :)

I na koniec drobne porównanie: mleko owsiane kupowane w sklepie to wydatek rzędu 8 – 10 zł za litr. Z paczki owsianki (500 g) zrobisz ok. 3 litry mleka, tak „na oko” licząc, ilość zależy chyba trochę od metody. Koszty przekalkuluj sobie sam.
I poeksperymentuj z temperaturą wody i czasem namaczania – warto znaleźć najlepszą dla siebie metodę.

wtorek, 3 listopada 2015

Mleko roślinne – miłość od drugiego łyku cz. 1.

Z mlekiem roślinnym u mnie to cała, chociaż bardzo niedawna historia..
Zaczęło się od tego, że postanowiłem zrobić. Na pierwszy ogień poszły orzechy włoskie. Tych u mnie nie brakuje... :)
Przepisów w Internecie znajdziesz dużo. Powtarzał ich nie będę, tylko gwoli wprowadzenia tych co pierwsze słyszą krótka informacja: miksujecie orzechy (tudzież coś innego) z wodą, odcedzacie płyn od stałych części i macie mleko roślinne. Niektóre trzeba przegotować, niektóre można na surowo. Temat pewnie będzie wracał i powoli się wyjaśniał, niecierpliwi mogą poszukać na własną rękę.

Do rzeczy – obrałem orzechy. Zdawałem sobie sprawę, że mój mikser prawdopodobnie nie da rady więc musiałem kombinować inaczej. Więc skręciłem orzechy w maszynce do mięsa :), zalałem wodą i dopiero wtedy w ruch poszedł mikser. Na początku ambitnie próbowałem miksować końcówką z nożykiem ale szybko założyłem zwykłe „druciki” - całość była i tak nieźle rozdrobniona. Potem sitko z dodatkową „szmatką” (kawałek pieluchy tetrowej) i odcedzam. Nawet nieźle szło chociaż szmatka szybko się zatkała. Pomagało mieszanie łyżeczką. Na koniec oczywiście odciśnięcie resztek w szmatce, takie prawie dosłowne „wydojenie” mleka :)

Próba smaku.... Hmmmmm... jak na mleko trochę zbyt „wytrawne”. Sprawę załatwiła odrobina cukru. Spróbowałem - „może być, wleję do słoika i będę trzymał w lodówce”. Jednak kilka minut później postanowiłem wypić jeszcze jeden łyk. Podniosłem słoik do ust, napiłem się... i piłem dopóki nie opróżniłem całego :)
Po tym mleku już nawet na kolację nie miałem ochoty, orzechy są jednak bardzo sycące.

środa, 21 października 2015

To nie może działać...

Jesień - czas przeziębień, ale i dzikiej róży :)

Jak wygląda moje typowe przeziębienie?
  1. Wstęp - odczucia, że niedługo się zacznie.
  2. Dzień pierwszy - leje się z nosa, lekka gorączka, osłabienie itp.
  3. Dzień drugi - leje się z nosa jak cholera, lekka gorączka, osłabienie itp.
  4. Dzień trzeci - patrz dzień drugi + nos mnie już boli od wycierania
  5. Dzień czwarty - powoli ustępuje katar, często zaczyna się kaszel

Kolejne dni zależą od różnych czynników - choroba powoli ustępuje, ale 7 - 10 dni to trwa.
A tej jesieni...
  1. Niedziela: wstęp - odczucia, że niedługo się zacznie.
  2. Dzień pierwszy - leje się z nosa, lekka gorączka, osłabienie itp. -> wieczorem porcyjka wywaru :)
  3. Dzień drugi - leje się z nosa dużo mniej, nie zwróciłem uwagi czy miałem gorączkę ->  wieczorem porcyjka wywaru :)
  4. Dzień trzeci (dzisiaj) - sporadycznie muszę wysmarkać nos, gorączki w tej chwili brak, jest energia - rano tylko zdrowy rozsądek nie dał mi zrobić dłuższego spaceru przed pracą ->  wieczorem BĘDZIE porcyjka wywaru :)
  5. Dzień czwarty - zobaczymy, ale jestem dobrej myśli.

W zeszły weekend byłem nazbierać trochę dzikiej róży, tak na wszelki wypadek. I wtedy przypomniał mi się przepis którym podzieliła się ze mną znajoma jakieś 20 lat temu. Przepis na środek na przeziębienie który NIE POWINIEN DZIAŁAĆ :) A dlaczego? Bo dzikiej róży się nie gotuje - traci witaminy.

Cóż to za wywar?
Zagotowujemy ok. 2 szklanki wody. Do gotującej wrzucamy garść pokrojonych (lub potłuczonych) owoców dzikiej róży. Gotujemy to 10 minut, zestawiamy i dosypujemy jakieś 2 łyżki kwiatu lipy. Przykrywamy na 20 minut. Pijemy!

Czy to naprawdę działa, czy to tylko placebo - nie wiem, ale nie zaszkodzi spróbować :)

czwartek, 15 października 2015

Okruchy 01.

"Życie składa się z porozrzucanych kawałków, i wszystkie one tworzą jakiś wzór. Tym wzorem jest właśnie nasze życie."

Wpis zatytułowałem "Okruchy" a chodzi mi o te wszystkie rzeczy które wydarzyły się w czasie kiedy nie pisałem. No może nie wszystkie ale przynajmniej część.

- jak się okazało piecyk rakietowy o którym wspomniałem ostatnio działa tak dobrze jak na filmiku tylko pod warunkiem, że pali się w nim dobrze wysuszonym drewnem. Jak jest tylko trochę wilgotne zaczyna go "dusić", pojawia się dym i jest ogólna kaszana. Nie wiem czy wszystkie tak mają, czy tylko mój, chociażby ze względu na swoje nieszczelności... Wypadało by zrobić porządny i sprawdzić, chociaż to już pewnie w przyszłym roku.

- mój Teren pod przyszłoroczne "uprawy" mocno się zmienił. Wycięte wszystkie krzaki, dorobiona trzecia grządka a teraz wykopuję korzenie. Zdjęć na razie nie wrzucam bo i tak niewiele ciekawego było by na nich widać. Za to daję zdjęcie pierwszego wykopanego korzenia, tak żeby się pochwalić :) (na zdjęciu "kawałek" taty):

Za tym wykopanym widać kolejny korzeń, za który już się zabrałem.

- w temacie jedzenia doszedłem do tego żeby NIE dodawać skiełkowanej i skręconej pszenicy do pasty z ciecierzycy :). Osobno są jak najbardziej OK, razem już niekoniecznie. Przynajmniej w "mojej" wersji. Wykombinowałem też fajną "przekąskę deserową" ale o tym będzie osobny wpis. No i nabiał roślinny - dwa dni temu słuchałem webinaru na ten temat, zorganizowanego przez Cohabitat i mam ochotę poeksperymentować. Czekam jeszcze na materiały które mają dosłać i zaczynam. Już zaczynam mieć pomysły a eksperymenty na pewno opiszę.

- Mydło! Mydło, mydło, mydło... Dojrzewa już trzecie - tym razem szałwiowe. O mydle będzie osobny wpis a na razie zdjęcie drugiej "partii" która od kilku dni jest już zdatna do użycia. To jest z dodatkiem wosku...:


Uffff! To chyba w skrócie najważniejsze rzeczy, przynajmniej z tych które mają trafić na bloga. Całego życia przecież nie będę tu opisywał :).
Wypadało by się się zadeklarować, że już teraz będę częściej pisał, ale tak naprawdę wcale tego nie wiem. Zobaczymy jak się wszystko poukłada. Chociaż na pewno postaram się wrzucić kilka wpisów bardziej rozwiniętych niż te pierwsze "Okruchy".

niedziela, 13 września 2015

Weekend zakończony piecem.

To był pracowity weekend, kolejny już zresztą, jakoś tak mi się ostatnio udaje.
Pokombinowałem sporo z jedzeniem - to jeszcze kiedyś opiszę. Zrobiłem kolejną grządkę.

Najważniejsze jednak udało mi się dzisiaj (w niedzielę) wieczorem. Przymierzałem się do tego od jakichś dwóch tygodni, może nawet dłużej. Oglądałem filmy, myślałem... jeszcze dzisiaj zastanawiałem się czy zaczynać. W końcu zacząłem... i zrobiłem piecyk rakietowy :)

Prymitywny, poskładany z kawałków starych cegieł. W ścianach dziury, ale jednak DZIAŁA :)
Założenie było takie, że robię eksperyment czy się da. Dało się, przy okazji widać że gdyby go dopracować to była by mocna rzecz.

Oczywiście nagrałem krótki filmik, nie mogłem się powstrzymać. Niestety telefonem bo jakoś szkoda mi było odchodzić od pieca żeby przynieść kamerę :)
Oto link:
https://www.youtube.com/watch?v=3vc-3R6hbdI

czwartek, 10 września 2015

Jak nie zrobiłem tahini.

Coś mnie ostatnio wzięło na eksperymentowanie z jedzeniem. Na razie teoretyczne, czyli przeglądałem różne informacje. Trafiłem na kilka ciekawych przepisów wegańskich, jak je wypróbuje i okażą się fajne to na pewno się podzielę.

Czy jestem wege? Nie, mięso jem, lubię i nie planuję przestać go jeść. Po prostu mój organizm potrzebuje chyba czegoś innego niż sztucznie "pompowane" wędliny. Tych nie jem już od dłuższego czasu. Odrzuca mnie jakoś, od czasu do czasu tylko zjem 2-3 plasterki jak się trafi coś dobrego :). No i jakiś kawałek mięsa na obiad ale też bez przesady, czasami przez parę dni mięsa nie tknąłem jedząc same zupy. Za to bardzo często używam smalcu, chyba w zamian za mięso. Smalec oczywiście domowej roboty, nie jakieś byle co ze sklepu. Do tego pomidory, ewentualnie biały ser.

Wracając do tematu... organizm jak czegoś potrzebuje to szuka. I mnie jakoś "przez przypadek" weszły w oczy wspomniane na początku przepisy. Dziś wreszcie - po kilku dniach czytania, sprawdzania cen i kombinowania - postanowiłem zrobić COKOLWIEK :) żeby ruszyć z tym z miejsca.
W sklepie ze zdrową żywnością (ceny ABSTRAKCYJNIE duże) kupiłem sezam. Miało być z niego tahini... Podprażyłem na patelni, nie za długo bo zaczęło strzelać :). Potem do młynka na krótkie mielenie - 3-4 "zrywy" żeby nie przegrzać... i chyba nawet to było za dużo bo wysypałem brązowy, przypalony proszek. Dobra, niech będzie, kolej na miksowanie. W ruch poszedł mikser jeszcze z lat 80-tych :). Dość szybko okazało się jednak, że:
  • po pierwsze: sezamu naszykowałem chyba za mało
  • ten mikser chyba nie bardzo się do tego nadaje.
Chociaż w okolicach nożyka zmielony sezam zaczął wydzielać olej, widać było jak staje się "wilgotny" czyli jednak się da :)

Wnioski:
  • spróbować na większej ilości, przy tak małej prymitywny nożyk nie bardzo miał co miksować
  • postarać się o lepszy mikser :)

Ale, ale... eksperyment wcale nie uważam za nieudany. Przede wszystkim taki zmielony sezam jest fantastyczny, a jakby go jeszcze mniej przypalić to było by jeszcze lepiej.
Poza tym mama wymyśliła jak jeszcze można go wykorzystać: dołożyła masło, dżem, odrobinę cukru i roztarła - wyszła genialna, słodka pasta do chleba. Nawet goryczka przypalonego sezamu nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie - była ciekawym przełamaniem słodkiego. Polecam spróbować, proporcje nie są potrzebne, każdy niech robi tak jak lubi.

I na zakończenie potwierdzenie tego co pisałem o szukaniu przez organizm dobrych dla niego rzeczy...
Wszystko to robiłem u rodziców w domu, oni mieli mikser :). Kiedy po domu rozszedł się zapach przypalonego sezamu (zapach jak zapach i wcale nie bardzo intensywny) w kuchni prawie natychmiast znalazł się brat, a chwilę później ojciec. No i zaczęli wyjadać :). Jak się z boku na to patrzało to nie wyglądało na zwykłe próbowanie, to była autentyczna obudzona potrzeba organizmu. W sumie nic dziwnego, sezam ma wiele potrzebnych nam składników. I można nim pojeść - ja zjadłem trochę suchego, poprawiłem jedną kromką z mamy "wynalazkiem" i wystarczyło. Organizm dostał co trzeba.
Sezam chyba wejdzie na stałe do "repertuaru", ale sklep ze zdrową żywnością raczej będę omijał. Na Allegro są firmy sprzedające 4 razy taniej. Wiem, że dochodzą koszty przesyłki ale przy zakupie kilku rzeczy w jednej firmie koszty się rozłożą...

sobota, 29 sierpnia 2015

Pierwsze grządki.

Koniec z czekaniem, zastanawianiem się, planowaniem itp. Czas był najwyższy żeby zrobić kolejny kroczek, chociażby malutki. Tak więc dziś od rana...

Najpierw wyrównanie terenu, tak to wyglądało po wszystkim:



Nie kopałem, wzruszyłem tylko ziemię kilofem i trochę wyrównałem. Tam było naprawdę krzywo...
Całość zlałem wodą. Potem trzeba było porozkładać pocięte kilka postów wcześniej gałęzie :):



Na to przyszedł koński nawóz, trochę przesuszony żeby mnie sąsiedzi nie zlinczowali "że śmierdzi" :). Chociaż nie wiem czy by zdążyli, bo chwilę później przywaliłem to darnią i powyrywanymi wcześniej roślinami. W tym momencie rozleciała mi się taczka. Przestawiłem się na noszenie ziemi wiadrami, w międzyczasie ojciec zabrał się za naprawianie taczki.

Ziemia naniesiona, udeptana... jeszcze kilkakrotnie dowieziona naprawioną już taczką, jeszcze raz udeptana... Na filmach i zdjęciach widziałem, że takie podniesione grządki są dużo wyższe, ale chyba już mi się za bardzo nie chciało, że o zmęczeniu nie wspomnę.

No więc dobrze, co teraz? Trzeba by to czymś przykryć. Wymyśliłem... eee tam, zaraz wymyśliłem - przypomniało mi się :)
Przypomniało mi się jak czytałem (ale nie pamiętam u kogo), że martwą ziemię można przykryć liśćmi przywiezionymi z lasu. Będą tam różne mikro- i normalne organizmy które mogą nam pomóc. Co prawda moja zewnętrzna warstwa nie powinna być taka znowu martwa, ale nie zaszkodzi ożywić ją jeszcze bardziej :).
No to na rower i heja do lasu. Napakowałem dwa worki liści i zaczął się cyrk jak je przewieźć. Worki były foliowe, duże (120 l) więc trzeba było dodatkowo uważać żeby się nie rozerwały. Żeby nie przedłużać napiszę tylko, że się udało :). A w domu grządki porządnie zlałem wodą i przysypałem przywiezioną ściółką. Ufff.... wyszło coś takiego:


Jeszcze będę kombinował, na pewno porządniej to zaściółkuję. Poczekam aż liście mi pospadają z orzecha, chyba że wcześniej załatwię słomę i przykryję wszystko słomą.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Zielona substancja - historia pewnego octu.

Jakoś tak jesienią zeszłego roku zacząłem robić ocet jabłkowy. Przepisów w internecie jest mnóstwo, ja swój wziąłem stąd: http://www.herbiness.com/ocet-winny-czesc-2/

Taki ocet praktycznie nie wymaga pracy, kosztuje grosze a w zamian dostajemy zdrowy i smaczny produkt. Ja najczęściej dodaję go do herbaty zamiast cytryny, ale znajoma dodała go do ćwikły zamiast tradycyjnego octu i efekt był genialny. Zastosowań może być oczywiście bardzo dużo, od kulinarnych poprzez kosmetyczne aż do zdrowotnych ponieważ taki ocet zawiera bardzo dużo mikroelementów, minerałów i innych substancji. Przy okazji jest to przykład, że w naturze nic się nie marnuje - "skisłe" jabłka dają nam kolejny, bardzo zdrowy produkt. Nie tylko jabłka zresztą, bo taki ocet można robić z wielu rzeczy.

I tu się zaczyna główny temat postu...
Na początku czerwca wpadłem na pomysł zrobienia octu z pokrzywy. Jeżeli jeszcze nie wiesz jak wiele dobrych właściwości ma pokrzywa to proponuję poszukać - na pewno warto. Ja postanowiłem te właściwości "zamknąć" w occie.
Nazbierałem pokrzyw, pogniotłem w rękach i umieściłem w słoju, a całość zalałem wodą z cukrem (cukier w większej ilości niż do jabłek, ostatecznie pokrzywa go nie zawiera). Dodałem też dwie łyżki pracującego jeszcze octu jabłkowego, w pierwszej fazie fermentacji. Na drugi dzień miałem słój pełen... zielonkawej galarety :). Co ciekawe ta galareta normalnie "pracowała", wydzielały się pęcherzyki CO2.
OK, zostawiłem to tak jak było i postanowiłem poczekać na rezultat. Co jakiś czas tylko wpychałem w głąb wypływającą na wierzch pokrzywę. Z czasem kolor zmienił się na szaro-zielonkawy, pojawił się lekki, octowy zapach a smak zrobił się lekko kwaśny - ocet gotowy.

No i co? Wyglądało to paskudnie chociaż w smaku było niezłe. Jako przyprawa do herbaty jak najbardziej, niestety nikt znajomy nie chciał użyć tego do gotowania, chyba ze względu na wygląd :). Gdzieś w międzyczasie znalazłem informację, że pokrzywa zbierana w późniejszym okresie czyli właśnie gdzieś od czerwca może zawierać substancję szkodzącą na nerki. Co prawda żadne inne źródło mi tego nie potwierdziło, a nawet jedno zaprzeczyło ale ostrożność gdzieś się uruchomiła... ale przecież nie wyleję kilku butelek takiego specyfiku :).

Więc ocet tak sobie stał, czasem go mimo wszystko piłem (i nic mi nie jest :) ), aż pewnego dnia znajoma mówi: "Wiesz, Ty to się zajmujesz jakimiś tam ziołami to znajdź mi coś bo mnie nogi wieczorami bolą". Guzik się znam bo dopiero zaczynam z takimi tematami, ale zawsze mogę czegoś poszukać. Takie objawy to się chyba nazywa "zespół niespokojnych nóg" albo jakoś podobnie - szukałem, szukałem i nic o ziołach akurat w tym kontekście nie było. Ale przypomniałem sobie jak gdzieś czytałem, że octy domowej roboty używane są również do nacierania.

- Proszę bardzo - mówię - nie wiem czy Ci to cokolwiek pomoże ale spróbuj: łyżka na szklankę wody i nacieraj.

Za dwa dni sms: "Pomaga. Dziękuję!"
Z tego co się dowiedziałem to pomaga również osobie którą kończyny bolą z powodu miażdżycy.

UWAGA! Gdyby ktoś chciał to powtórzyć to oczywiście polecam ostrożność. Przede wszystkim obserwację - czy nie występują jakieś zaczerwienienia, swędzenia itp. Jeżeli tak to oczywiście natychmiast przerwać smarowanie.

sobota, 15 sierpnia 2015

Koniec krzaka.


Skończyłem dzisiaj rąbanie krzaka. Powiedziałem sobie, że nie wytnę kolejnego dopóki z tym nie zrobię porządku. A porządek miał polegać na porąbaniu wszystkiego na drobne kawałki.
Po pierwsze - nie będzie toto zajmowało wtedy dużo miejsca. Po drugie - i tak będę potrzebował patyków do robienia podniesionych grządek.

Rąbanie zajęło mi kilka dni, a konkretnie od poniedziałku ale z dwoma dniami przerwy. Dlaczego tak długo?
No bo z pracy wychodzę o 17, do domu jadę ok. godziny (rower) pod warunkiem że nie wchodzę do żadnego sklepu. Czyli 18 "z minutami" najszybciej jestem w domu. Trzeba zjeść obiad, odetchnąć chwilę i dopiero do pracy "ogródkowej". Przed 21 już się ciemno zaczyna robić więc za długo też to nie trwa. I tak zeszło aż do dzisiaj.

Jak wyglądała praca? Ano tak:


Zdjęcie zrobione wczoraj...
Na środku stanowisko rąbania :), z lewej to co już porąbane, z prawej gałęzie "pod ręką" do rąbania, z tyłu to co jeszcze zostało.
Chciałem żeby ktoś mi fotkę cyknął jak to robię, ale nikt się akurat nie trafił :)

Trochę się obawiałem tego rąbania, że będzie nudne, męczące i uciążliwe. Tymczasem okazała się to chyba najfajniejsza praca jaka robiłem od bardzo dawna. Pomimo dziwnej klęcząco-siedzącej pozycji były same plusy: miejsce zacienione i osłonięte, z lekkim przewiewem, fantastycznie pachnące, lekko podeschnięte liście krzaka, praktycznie brak konieczności myślenia co pozwalało na rozmyślania o innych, przyjemnych rzeczach :), minimalna ilość włożonego wysiłku dzięki sprzętowi jaki miałem.
A propos "sprzętu" - ta maczeta jest krótsza od tej którą pokazywałem ostatnio. Dzięki temu łatwiej mi było manewrować nią na krótką odległość. Jest za to grubsza czyli cięższa dzięki czemu prawie nie trzeba było nią uderzać, wystarczyło podnieść do góry i opuścić, lekko tylko "napędzając". Czasem trochę mocniej przy grubszych gałązkach.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Od słów do czynów.

"Przejdźmy od słów do czynów. Na początek powiem kilka słów..."

Ja dzisiaj też przeszedłem od słów do czynów i zacząłem robić porządek na Terenie. Dużo nie zrobiłem, wyciąłem jeden krzew ale za to największy. Chciałem jeszcze zrobić porządek z przynajmniej częścią gałęzi ale już odpuściłem. Odzwyczajony od takiej pracy jutro mógłbym mieć problem bo na ręce zrobił się odcisk jak cholera. Tak, tak, ręce mieszczucha :)
Do tego zmęczenie bo najpierw praca, potem powrót rowerem - ok. godzina drogi. A po powrocie szybki obiad i do ogrodu. Może nie było by to nic wielkiego... kiedyś, niestety dawna kontuzja bardzo mi teraz utrudnia życie.
I jeszcze OWADY. One się tam musiały chować w tych krzakach a ja to wszystko naruszyłem. Do tego byłem mokry, a dziś upał... Muszki - meszki, komary i licho wie co jeszcze. Miałem je w uszach, nosie, oczach i włosach. Były za koszulką i gdybym miał krótkie spodenki to były by chyba i w majtkach. Całe szczęście spodnie miałem długie :).

Do pracy zabrałem:
- najlepszą piłę jaką znalazłem w piwnicy (co nie znaczy że dobrą, wręcz przeciwnie :) )
- nożyce do gałęzi, takie z długimi "rączkami"
- maczetę

Piła wogóle nie dała rady, ciąłbym to chyba z tydzień. Nożyce są bardzo fajnym narzędziem ale tam były trochę za grube rzeczy do cięcia, więc... tak jest, najlepiej sprawiła się maczeta. Narzędzie proste, wręcz prymitywne a tnie aż miło :). Oto ona:

Bohaterka dzisiejszego wieczoru :)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Teren.

Bardzo dużo się dzieje ostatnio i w zasadzie to mógłbym pisać co dziennie, nawet 2 razy dziennie. Nie zawsze jednak jest czas bo nie chcę pisania przedkładać nad praktyczne robienie czegokolwiek.
Nie zawsze mam też siłę i ochotę na takie pisanie, a to ma być również przyjemność :)

Najważniejsze co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku dni to, że mam TEREN! Odrobina dyplomacji i przekonałem rodziców żeby pozwolili mi zagospodarować kawałek swojego wypielęgnowanego, z równiutko przystrzyżoną trawką ogródka.
Pamiętam czasy kiedy było u nas WSZĘDZIE posadzone dużo WSZYSTKIEGO :). Praktycznie większość warzyw mieliśmy swoich. Do tego sporo owoców... Z czasem to wszystko się pokończyło. Nikomu nie chciało się przy tym robić, zresztą plony były coraz gorsze. Bazując na tym co ostatnio wyczytałem to wcale się nie dziwię - ziemia się wyjałowiła i koniec. Co roku robiło się coraz mniej i mniej, a w końcu posiali wszędzie trawkę do równego strzyżenia i od tej pory ogród miał być ŁADNY, z kilkoma owocowymi drzewami i krzakami. Taniego jedzenia dostarczały nam markety.

A teraz wydębiłem od nich chyba najgorszy kawałek :), akurat ten gdzie kosiarka nie dojeżdżała. Zresztą nie było potrzeby po poza paroma krzakami prawie nic tam nie rośnie. Sam chciałem ten kawałek bo naszła mnie ambicja żeby go "uruchomić" :). Poza tym jak coś nie wyjdzie to nie będzie szkoda ogródka. Czy mi się uda? Nie wiem. Na razie mam trochę wiedzy teoretycznej, cała praktyka jeszcze przede mną. Trzeba zacząć od zrobienia porządku bo na razie jest tam... Zobacz sam:



Za tymi krzakami też kawałek "mojego", chyba najładniejszy...


A tak wygląda ziemia w najgorszym miejscu. Nikt tu nic nie kosił od lat, po prostu nic nie rośnie :)
Obok zaczyna się trochę trawy...

środa, 29 lipca 2015

Pałowanie żaby.

Mój szef opowiadał dziś w pracy o pewnym zdarzeniu o którym usłyszał od klienta. Podobno nawet w telewizji o tym było kiedyś. Tak się jednak złożyło, że wcześniej o tym nie słyszał, a klient okazał sie głównym bohaterem opowieści. I mogło by skończyć się na tym, że pośmialibyśmy się z ludzkiej głupoty, gdyby nie to, że z pewnego punktu widzenia to jeden ze "znaków naszych czasów" - niestety negatywny.

Otóż...
Do wspomnianego klienta, pewnego wieczoru (a raczej nocy bo było po 22) zapukała policja. Policję wezwał sąsiad ze względu na "hałas" którym okazało się.... rechotanie żab :) zamieszkujących oczko wodne. Faceta najpierw zamurowało, po chwili jednak zaproponował policjantom żeby poszli spałować żaby coby te siedziały cicho :). Sprawa wylądowała w sądzie i wspomniany klient ją przegrał.
Wynika z tego, że w naszych czasach i w naszym kraju można trafić do sądu z powodu żab kumkających w Twoim oczku wodnym. I jeszcze przegrywasz sprawę.

Nasuwa się pytanie: co się stało z ludźmi? Co im się porobiło w głowach? Czy siedzenie przed telewizorem dokumentnie pozmieniało umysły? Rozumiem, że można mieć problem kiedy przez całą noc hałasuje pies z ADHD, ale żaby? Zresztą to tylko czubek góry lodowej.
Wspomnę o tym pewnie jeszcze nie raz, wspominają chyba wszyscy których blogi czytam - wcześniej lub później, w taki czy inny sposób ale wszyscy. MATRIX, SYSTEM - różnie się to określa, ale ludzie w nim funkcjonujący zatracają zdolność normalnego myślenia, zatracają kontakt ze wszystkim co naturalne. Ludzie.... przejściowo chyba każdy siedział w Matrixie, sam tkwię jeszcze bardzo głęboko... ale przecież wystarczy sie rozejrzeć, zastanowić chwilę żeby zobaczyć w jak chory sposób to funkcjonuje. Chyba, że nie chce się tego widzieć...

Jak sobie dzisiaj spacerowałem i myślałem o tych żabach to połączyłem to z jeszcze jedną rzeczą która od kilku dni chodzi mi po głowie, a mianowicie z gnojem :). Już wyjaśniam...
Chodzi mi oczywiście po głowie, żeby nie ograniczać się z sadzeniem różnych roślinek w doniczkach tylko przenieść się ze wszystkim do ogrodu. Niekoniecznie w tym roku bo już późno, ale na przykład grządki mógłbym już przygotowywać. A jak o grządkach mowa to można oczywiście pomyśleć o nawożeniu ich w naturalny sposób. A takie nawożenie powoduje... hmmmm... specyficzny zapach :). I już sobie wyobrażam jak w godzinę od wyłożenia takiego nawozu mam wizytę policji bo sąsiedzi narzekają że śmierdzi. Bo oczywiście zapomnieli jak 25 - 30 lat temu wszyscy dookoła lali gnojówkę do ogródków i cieszyli się ze zbiorów. Potem wszystko się pokończyło, sklepy zapewniły nam inny "dobrobyt" i teraz poprawność polityczna nie pozwala, żeby cokolwiek śmierdziało. Bez względu w jak dobrej wierze. Na jednym z blogów czytałem nawet jak ktoś odmówił jedzenia warzyw kiedy dowiedział się, że są uprawiane na naturalnych nawozach...

Cóż, grządki i tak zrobię :)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Coś mi żre stewię....

Dokładnie, jak w tytule.

Posiałem kiedyś stewię w skrzynce. Nie wiem czy ona jest tak oporna, czy tylko u mnie tak powoli rośnie ale na pierwsze roślinki czekałem dość długo. Dokładnie nie wiem ile, ale długo. W końcu coś tam się pojawiło. Jedna... dwie... trzy roślinki rosnące poowoooluutkuuuu...... Do tego z czasem doszło kilka kolejnych, na razie ledwo widocznych. Kombinowałem trochę co z tą stewią zrobić, ale zastanowiłem się ze może dla niej takie tempo wzrostu jest naturalne. Bo o tym, że tylko część nasion kiełkuje to nawet na opakowaniu pisze.

I tak sobie stewia powolutku rosła aż dzisiaj zauważyłem, że coś mi ją zjada. %#$*&^@! Mało tego że ledwo rośnie to jakaś menda wyżera to co jest. Nie wiem co to mogło być, stewię mam w skrzynce na oknie, od wewnętrznej strony. W ziemi nie zauważyłem żeby się cokolwiek ruszało, jakieś jedno małe coś było ale wywaliłem to za okno. Może to był właśnie ten Zeżerak?
Ten czy nie ten ale liście były powygryzane, niektóre nawet zjedzone. No i co? Przecież nie będę żadnej chemii stosował, poza tym na takie maleństwa to strach zastosować cokolwiek... Oczywiście sadzonki mam na myśli :)
Wywalić? Nigdy, w końcu one już ROSNĄ....

W końcu szybka decyzja: "Przesadzam!". Może jakieś mendy w ziemi żyją chociaż ich nie widać...
Więc każda roślinkę delikatnie wyciągnąłem, opłukałem "coby ewentualne mendy wypłukać" i wsadziłem do małej doniczki ze świeżą ziemią. Nie mam pojęcia czy tak się robi, przekonam się czy to coś dało.
Na razie będą sobie rosnąć tak, najwyżej potem je do jakiejś zbiorczej skrzynki przesadzę. A właśnie... plus całej akcji to wolna skrzynka :)

Z całej akcji skorzystała też komarzyca. Przyniosłem sobie toto jakiś czas temu do domu, przesadziłem do większej doniczki i... od tej chwili zaczął się "upadek" tej roślinki. Jak bym jej nie podlewał, gdzie nie ustawiał - było coraz gorzej. Coś z ziemia nie tak? Licho wie, ona jeszcze dostała pierwszą ziemię jaką kupiłem jakieś dwa miesiące temu. Kupiłem i dość szybko wywaliłem bo pleśniała.
No więc dziś miała taką sama kurację jak stewia, tylko że ona jest dużo większa. Zobaczymy czy to przeżyje... Mam nadzieję. Nie obawiałem się spróbować bo już i tak niewiele z niej zostało i widac bylo że niedługo się skończy. A tak jest nadzieja.

Bez zdjęć bo jak sobie pomyślałem o tej jakości z "komóry"...

niedziela, 26 lipca 2015

Mnóstwo pomidorów.

Jakiś czas temu, przeglądając na Allegro nasiona natknąłem się na pomidory: żółte, w kształcie gruszek, do sadzenia w doniczkach na balkonie albo w domu.

OK - myślę sobie - będzie pomidorowy eksperyment.

Kupiłem, zasiałem i... wyrosły :)
Problem w tym, że z braku doświadczenia sypnąłem dość sporo nasion do jednej, większej doniczki i wykiełkowały wszystkie. Podobno od przybytku głowa nie boli ale raczej musiałem coś z tym zrobić.

Tak wygląda duża doniczka po tym, jak część z niej już poprzesadzałem.

A tak wygląda ta reszta.

Trochę tego jest, na małą plantacje by wystarczyło :)

Z pozostałymi w dużej doniczce też trzeba będzie zrobić z czasem porządek. Zostawię jeden - dwa, i może jeszcze jedną albo dwie doniczki tego typu a resztę chyba porozdaję. Wyrzucić szkoda jak już wyrosły. Gdzieś koło grudnia powinny być dobre :)

A tak z innej beczki... Nerwy mam bo nie mogę robić porządnych zdjęć. Dobrego aparatu niestety już nie mam więc fotki cykam telefonem. No i efekt jest jaki jest.
Jak kiedyś zaplanuję konkretniejsze zdjęcia to aparat pożyczę, na razie musi być tak.

piątek, 24 lipca 2015

Eksperyment - ser z pokrzywy.

W książce o robieniu serów przeczytałem, że poza podpuszczką właściwości ścinające mleko ma również między innymi pokrzywa. Nie dawało mi to spokoju bo lubię sprawdzać takie informacje. Postanowiłem wykorzystać niedawno zrobiony ocet z pokrzywy. Ponieważ kompletnie nie wiedziałem co z tego wyjdzie na początek miała być naprawdę malutka ilość - z 1 litra mleka.

Uwaga, całość jest prymitywną improwizacją i eksperymentem robionym trochę na szybko :)

Do mleka dodałem 3 łyżki octu z pokrzywy, porządnie wymieszałem, przykryłem pokrywką i zostawiłem na noc. Rano mleko było odrobinę tylko ścięte więc przed wyjściem do pracy dodałem kolejne 3 łyżki :). Wieczorem miało konsystencję gęstego kefiru... hmmm... spodziewałem się czegoś twardszego... No cóż, odcedzam - pielucha tetrowa na durszlak i leję. Przelałem, wieszam... BACH! część mi się wylała. Trzeba było bardziej uważać :).
Wreszcie powieszone a serwatka sobie powolutku ścieka. Niestety dość szybko "zabetonowały" mi się dziurki. Zostawiłem do rana żeby zobaczyć co z tego wyniknie.

Rano jest tam jeszcze mnóstwo serwatki, całość prawie półpłynna. Przekładam masę do podziurkowanego igłą pojemniczka po kefirze i idę do pracy.
Po powrocie przekładam serek na spodek - ma jeszcze w sobie sporo serwatki, widocznie dziurki w pojemniczku również się pozatykały. Konsystencja bardzo miękka, do smarowania, smak lekko kwaskowy. Coż, zjadłem i smakował :)

Wnioski.
  • Najważniejsze: w sumie to nie mam pojęcia czy mleko się ścięło od pokrzywy czy po prostu od stania, jak to mleko ma w zwyczaju. Akurat był upał więc jest prawdopodobne, że swojej konsystencji nabrało w sposób naturalny.
  • Dodawałem octu do dość chłodnego mleka, mogłem je trochę ogrzać.
  • Może mocniejsze podgrzanie przed samym odsączaniem sprawiło by, że skrzep byłby twardszy... Tak miękkiego skrzepu nie ma poza tym sensu odsączać na tetrowej pielusze, przydała by się chusta serowarska albo jaka forma... albo jedno i drugie :)
  • Pomimo wszystko metoda wydajna. Robiłem już ser w inny sposób i tam sporo mleka (białka?) pozostawało w serwatce. Tutaj serwatka była czyściutka. Nie podaję ile sera wyszło ze względu na to, że część się wylała a resztę niedokładnie odsączyłem.
  • Do ścinania mleka potrzebny byłby prawdopodobnie jakiś mocno skoncentrowany wyciąg z pokrzywy - kiedyś sprawdzę :)

wtorek, 21 lipca 2015

Pierwsza była skrzynka.

...tak, kiedy już zacząłem się zmieniać zachciało mi się coś posadzić. Tak po prostu, żeby wyrosło. Więc kupiłem ziemię i plastykową skrzynkę. I do tego wszystkiego torebkę nasion szałwii.

Czemu akurat szałwia? Jakoś tak mi przypasowała. Poza tym w międzyczasie gdzieś doczytałem, że szałwia odstrasza kleszcze. A że zacząłem znowu dużo chodzić po lesie to pomyślałem, że się przyda.
Tak to właśnie zasiałem skrzynkę szałwii. Jeszcze nie wiem czy faktycznie odstrasza kleszcze ale rośnie bardzo ładnie :)


Trochę jej chyba za dużo zasiałem w tak małej skrzynce, postaram się ją jakoś rozsadzić.

I tak sobie myślę, że chyba się już starzeję :). Szałwia to dopiero początek, posiałem więcej rzeczy (o tym innym razem), myślę o posadzeniu czegoś w ogródku... No, w tym roku już trochę za późno, ale moge się przygotować na przyszły.
Cholera, ja nigdy nie lubiłem robić w ogrodzie! Zawsze mi się to kojarzyło z jakimś starym dziadkiem :)

No dobra, trochę żartuję. Niby fakt, miałem podobne myślenie ale jako nastolatek. Potem... rzadko o tym myślałem. Chociaż do Natury mnie ciągnęło... ale robić w ogrodzie - nie ma szans.

Tak na poważnie - do wszystkiego trzeba dojrzeć, i to jest chyba właściwe spojrzenie w tym przypadku.

"Na poważnie"? Co ja piszę? :)

wtorek, 14 lipca 2015

Wstęp do całości.

Co to jest ta "pozorna rzeczywistość"? O co w tym chodzi?
Różne można by snuć teorie. Może chodzi o to, że każdy z nas odbiera wszystko inaczej... Może o to, że każdy z nas jest inny, ma inne upodobania, swoje zdanie... A może o to, że rzeczywistość potrafi się zmienić dla każdego z nas, bo przecież w ciągu życia wiele razy się zmieniamy albo życie zmienia nas. Tak naprawdę chodzi chyba o to wszystko + jeszcze o inne rzeczy które można by do tej listy dopisać.

Zaczęło się od kanału na YouTube, nie pierwszego już. Nie, zaczęło się jeszcze wcześniej...

Jakiś czas temu rozsypało mi się życie. W ciągu kilku miesięcy posypało się chyba wszystko co mogło, aż doszedłem prawie na koniec. Takie coś potrafi mocno zmienić człowieka. Zacząłem inaczej myśleć, zająłem się nowymi rzeczami. Tak naprawdę to może nie nowymi, ale takimi które gdzieś we mnie siedziały i tylko czasami dawały o sobie znać. W ciągu kilku tygodni dokonała się we mnie bardzo duża zmiana i dokonuje się nadal. Stwierdziłem, że założę bloga i o tym popiszę. Po co? Nie wiem. Żeby się podzielić doświadczeniami, bo sam czytam podobne blogi i wiem jak bardzo mogą pomóc. Żeby mieć dodatkową motywację, bo w życiu różnie bywa i czasami przychodzą chwile słabości. Żeby mieć wgląd w to co robię, taką "kronikę" wszystkiego. Żeby... coś by się pewnie jeszcze znalazło.

Kiedy zastanawiałem się nad nazwą stwierdziłem, że połączę to z moim kanałem na YT. Nazwa pasowała, było tam już co prawda trochę materiałów ale nic nie szkodzi. To tylko parę filmików w których wyrażam swoje zdanie na różne tematy. Być może je wywalę, być może zostawię i nagram kolejne... W każdym razie wszystko będzie się kręciło wokół mojej rzeczywistości.

Tak naprawdę dużo bardziej wolę kręcić filmy niż pisać. Po co więc mi blog? Mógłbym się trzymać vloga...
Chyba szukałem czegoś bardziej tradycyjnego, czegoś bliższego dla większej ilości ludzi. Poza tym pisze się szybciej niż kręci :) . No i zawsze może coś fajnego powstać z połączenia jednego z drugim. Co powstanie - zobaczę.

Witam w mojej rzeczywistości!