Z mlekiem roślinnym u mnie to cała,
chociaż bardzo niedawna historia..
Zaczęło się od tego, że
postanowiłem zrobić. Na pierwszy ogień poszły orzechy włoskie.
Tych u mnie nie brakuje... :)
Przepisów w Internecie znajdziesz dużo. Powtarzał ich nie będę, tylko gwoli
wprowadzenia tych co pierwsze słyszą krótka informacja: miksujecie
orzechy (tudzież coś innego) z wodą, odcedzacie płyn od stałych
części i macie mleko roślinne. Niektóre trzeba przegotować,
niektóre można na surowo. Temat pewnie będzie wracał i powoli się
wyjaśniał, niecierpliwi mogą poszukać na własną rękę.
Do rzeczy – obrałem orzechy.
Zdawałem sobie sprawę, że mój mikser prawdopodobnie nie da rady
więc musiałem kombinować inaczej. Więc skręciłem orzechy w
maszynce do mięsa :), zalałem wodą i dopiero wtedy w ruch poszedł
mikser. Na początku ambitnie próbowałem miksować końcówką z
nożykiem ale szybko założyłem zwykłe „druciki” - całość
była i tak nieźle rozdrobniona. Potem sitko z dodatkową „szmatką”
(kawałek pieluchy tetrowej) i odcedzam. Nawet nieźle szło chociaż
szmatka szybko się zatkała. Pomagało mieszanie łyżeczką. Na
koniec oczywiście odciśnięcie resztek w szmatce, takie prawie
dosłowne „wydojenie” mleka :)
Próba smaku.... Hmmmmm... jak na mleko
trochę zbyt „wytrawne”. Sprawę załatwiła odrobina cukru.
Spróbowałem - „może być, wleję do słoika i będę trzymał w
lodówce”. Jednak kilka minut później postanowiłem wypić
jeszcze jeden łyk. Podniosłem słoik do ust, napiłem się... i
piłem dopóki nie opróżniłem całego :)
Po tym mleku już nawet na kolację nie
miałem ochoty, orzechy są jednak bardzo sycące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz