Jakoś tak jesienią zeszłego roku zacząłem robić ocet jabłkowy. Przepisów w internecie jest mnóstwo, ja swój wziąłem stąd: http://www.herbiness.com/ocet-winny-czesc-2/
Taki ocet praktycznie nie wymaga pracy, kosztuje grosze a w zamian dostajemy zdrowy i smaczny produkt. Ja najczęściej dodaję go do herbaty zamiast cytryny, ale znajoma dodała go do ćwikły zamiast tradycyjnego octu i efekt był genialny. Zastosowań może być oczywiście bardzo dużo, od kulinarnych poprzez kosmetyczne aż do zdrowotnych ponieważ taki ocet zawiera bardzo dużo mikroelementów, minerałów i innych substancji. Przy okazji jest to przykład, że w naturze nic się nie marnuje - "skisłe" jabłka dają nam kolejny, bardzo zdrowy produkt. Nie tylko jabłka zresztą, bo taki ocet można robić z wielu rzeczy.
I tu się zaczyna główny temat postu...
Na początku czerwca wpadłem na pomysł zrobienia octu z pokrzywy. Jeżeli jeszcze nie wiesz jak wiele dobrych właściwości ma pokrzywa to proponuję poszukać - na pewno warto. Ja postanowiłem te właściwości "zamknąć" w occie.
Nazbierałem pokrzyw, pogniotłem w rękach i umieściłem w słoju, a całość zalałem wodą z cukrem (cukier w większej ilości niż do jabłek, ostatecznie pokrzywa go nie zawiera). Dodałem też dwie łyżki pracującego jeszcze octu jabłkowego, w pierwszej fazie fermentacji. Na drugi dzień miałem słój pełen... zielonkawej galarety :). Co ciekawe ta galareta normalnie "pracowała", wydzielały się pęcherzyki CO2.
OK, zostawiłem to tak jak było i postanowiłem poczekać na rezultat. Co jakiś czas tylko wpychałem w głąb wypływającą na wierzch pokrzywę. Z czasem kolor zmienił się na szaro-zielonkawy, pojawił się lekki, octowy zapach a smak zrobił się lekko kwaśny - ocet gotowy.
No i co? Wyglądało to paskudnie chociaż w smaku było niezłe. Jako przyprawa do herbaty jak najbardziej, niestety nikt znajomy nie chciał użyć tego do gotowania, chyba ze względu na wygląd :). Gdzieś w międzyczasie znalazłem informację, że pokrzywa zbierana w późniejszym okresie czyli właśnie gdzieś od czerwca może zawierać substancję szkodzącą na nerki. Co prawda żadne inne źródło mi tego nie potwierdziło, a nawet jedno zaprzeczyło ale ostrożność gdzieś się uruchomiła... ale przecież nie wyleję kilku butelek takiego specyfiku :).
Więc ocet tak sobie stał, czasem go mimo wszystko piłem (i nic mi nie jest :) ), aż pewnego dnia znajoma mówi: "Wiesz, Ty to się zajmujesz jakimiś tam ziołami to znajdź mi coś bo mnie nogi wieczorami bolą". Guzik się znam bo dopiero zaczynam z takimi tematami, ale zawsze mogę czegoś poszukać. Takie objawy to się chyba nazywa "zespół niespokojnych nóg" albo jakoś podobnie - szukałem, szukałem i nic o ziołach akurat w tym kontekście nie było. Ale przypomniałem sobie jak gdzieś czytałem, że octy domowej roboty używane są również do nacierania.
- Proszę bardzo - mówię - nie wiem czy Ci to cokolwiek pomoże ale spróbuj: łyżka na szklankę wody i nacieraj.
Za dwa dni sms: "Pomaga. Dziękuję!"
Z tego co się dowiedziałem to pomaga również osobie którą kończyny bolą z powodu miażdżycy.
UWAGA! Gdyby ktoś chciał to powtórzyć to oczywiście polecam ostrożność. Przede wszystkim obserwację - czy nie występują jakieś zaczerwienienia, swędzenia itp. Jeżeli tak to oczywiście natychmiast przerwać smarowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz