Dawno, dawno temu moja babcia zmieliła siemię lniane z cukrem i dała mi spróbować. Było genialne. Powiedział mi, że to jest bardzo zdrowe ale za dużo nie wolno tego jeść. No i tak jadłem przez jakiś czas po łyżeczce dziennie. Potem dorosłem i prawie o tym zapomniałem.
W ostatnich "Okruchach" wspomniałem o "przekąsce" deserowej... No właśnie, jakoś w ostatnim czasie przypomniało mi się to siemię mielone z cukrem. Zrobiłem sobie oczywiście i zjadałem rano i wieczorem po łyżce. Aż któregoś dnia przeczytałem, że len absolutnie mi nie zaszkodzi, nawet w dużej ilości. YES! Zaczęło się!
Dość szybko doszedłem do tego, że robiłem (i nadal robię) sobie mieszankę nasion. Najczęściej wyglądało to tak, że w młynku do kawy mieliłem siemię lniane, słonecznik i odrobinę cukru, tak do smaku tylko. Czasem dodawałem tam jeszcze dynię, kokos i sezam. Oczywiście nie wszystko na raz, do młynka by nie weszło. Trzeba było zmielić to w 2-3 partiach, wymieszać w filiżance i już - deser gotowy. Konkretne ziarna, proporcje i ewentualną ilość cukru trzeba sobie dobrać według gustu. Eksperymentowanie z tym to sama przyjemność :)
Na koniec zostawiłem najlepsze według mnie połączenie. Jest bardzo proste: 5-6 łyżeczek sezamu, płaska łyżeczka cukru (może być niepełna, jak lubisz) i 3 czubate łyżeczki wiórków kokosowych. Jak smakuje? Trzeba spróbować! :)
wtorek, 17 listopada 2015
poniedziałek, 9 listopada 2015
Poranek Kombinowania z Soją.
Wczoraj miałem Poranek Kombinowania z Soją. w planach było mleko sojowe albo tofu i jakiś serek/twarożek z wytłoczyn (okary).
Znalazłem w Internecie dwie metody przerabiania soi:
- soję miksuję z wodą, odcedzam i dopiero gotuję
- soję miksuję z wodą, gotuję i dopiero odcedzam
Robiłem już kiedyś tofu i wtedy wybrałem metodę drugą. Teraz też.
Najpierw w ruch poszła maszynka do mięsa - namoczona dzień wcześniej soja została skręcona. Potem otrzymany miąższ trafił do gotującej się wody. Dość szybko temperatura doszła ponownie do wrzenia i zaczęły się wytwarzać ogromne ilości piany. Kto gotował soję ten wie... ;)
I tutaj wrócę do rad znalezionych w necie:
- zdejmij na kilka minut a potem dalej gotuj
- polewaj pianę wodą
- zbieraj pianę łyżką
Nie wiedząc na co się zdecydować zdjąłem na chwilę garnek z płytki, polałem pianę wodą a to co zostało zebrałem łyżką :) Potem jeszcze jakieś 10 min. gotowania i odcedzanie (wyobraź sobie "dojenie" na gorąco bo oczywiście nie chciało mi się poczekać).
W międzyczasie powstał taki plan: mleko zostaje a resztę dzielę na dwie części: z jednej coś serowego, z drugiej ciastka.
"Serową część" zalaną odrobiną wody podgrzałem do wrzenia, dodałem sól, pieprz, paprykę i na koniec ocet jabłkowy coby się trochę ścięło (tofu ścinało się bardzo ładnie). Całość do odsączenia; nie chciało mi się długo czekać więc wycisnąłem ręcznie i zostawiłem przyciśnięte talerzykiem obciążonym słoikiem z wodą.
"Część ciastkowa" - najpierw z części mleka zrobiłem Zagęszczone Sojowe Mleko Słodzone: szklankę mleka + 8 łyżeczek cukru ogrzewałem dość długo co chwilę mieszając. Wyszło... cholernie słodkie mleko :)
Do reszty okary dosypałem płatków owsianych, w ilości jakieś 2/3 okary, wbiłem jajko i dolałem wspomniane mleko. Uformowałem takie niewielkie "kotleciki" (bardzo się rozlatywały) które trafiły do piekarnika, który się kończył dogrzewać do 180 st. Po jakichś 30-35 min były lekko przyrumienione więc odwróciłem je na drugą stronę - niestety działa mi tylko górna grzałka i spód był miękki i taki "nie bardzo".
Wynik: ciastka niezłe tylko brakowało w nich bakalii. To zarówno moje zdanie jak i reszty rodziny. Zwykłe orzechy uratowałyby temat, a jeszcze jakieś suszone owoce...
Wrócę do "części serowej": po trzech godzinach prasowania odwinąłem to coś co miało być serkiem. Przy pierwszym dotknięciu rozleciało mi się na sojowe "wióry" :). Prawdopodobnie maszynka za mało to rozdrobniła, być może takie coś nie zetnie się tak po prostu od octu tylko potrzebuje czegoś więcej. Wiem, że daje się zagęszczacze ("sklejacze"), a u mnie tego zabrakło. No ale miałem co miałem - przegotowaną i doprawiona okarę. Dodałem oliwy i mam "coś na chleb" :) Nie lubię wyrzucać jedzenia...
A co z mlekiem? Trafiło na kilka godzin do lodówki, piłem dopiero wieczorem. Ma bardzo silny, roślinny smak, taki "strączkowy" :). Tak prawdę mówiąc średnio mi odpowiada, spróbuję je jeszcze doprawić czymś, może chociaż dosłodzić. Nigdy nie piłem mleka sojowego i nie wiem jak smakuje to ze sklepu. Chociaż bez względu na to podejrzewam, że moje i tak smakuje bardziej NATURALNIE :).
Znalazłem w Internecie dwie metody przerabiania soi:
- soję miksuję z wodą, odcedzam i dopiero gotuję
- soję miksuję z wodą, gotuję i dopiero odcedzam
Robiłem już kiedyś tofu i wtedy wybrałem metodę drugą. Teraz też.
Najpierw w ruch poszła maszynka do mięsa - namoczona dzień wcześniej soja została skręcona. Potem otrzymany miąższ trafił do gotującej się wody. Dość szybko temperatura doszła ponownie do wrzenia i zaczęły się wytwarzać ogromne ilości piany. Kto gotował soję ten wie... ;)
I tutaj wrócę do rad znalezionych w necie:
- zdejmij na kilka minut a potem dalej gotuj
- polewaj pianę wodą
- zbieraj pianę łyżką
Nie wiedząc na co się zdecydować zdjąłem na chwilę garnek z płytki, polałem pianę wodą a to co zostało zebrałem łyżką :) Potem jeszcze jakieś 10 min. gotowania i odcedzanie (wyobraź sobie "dojenie" na gorąco bo oczywiście nie chciało mi się poczekać).
W międzyczasie powstał taki plan: mleko zostaje a resztę dzielę na dwie części: z jednej coś serowego, z drugiej ciastka.
"Serową część" zalaną odrobiną wody podgrzałem do wrzenia, dodałem sól, pieprz, paprykę i na koniec ocet jabłkowy coby się trochę ścięło (tofu ścinało się bardzo ładnie). Całość do odsączenia; nie chciało mi się długo czekać więc wycisnąłem ręcznie i zostawiłem przyciśnięte talerzykiem obciążonym słoikiem z wodą.
"Część ciastkowa" - najpierw z części mleka zrobiłem Zagęszczone Sojowe Mleko Słodzone: szklankę mleka + 8 łyżeczek cukru ogrzewałem dość długo co chwilę mieszając. Wyszło... cholernie słodkie mleko :)
Do reszty okary dosypałem płatków owsianych, w ilości jakieś 2/3 okary, wbiłem jajko i dolałem wspomniane mleko. Uformowałem takie niewielkie "kotleciki" (bardzo się rozlatywały) które trafiły do piekarnika, który się kończył dogrzewać do 180 st. Po jakichś 30-35 min były lekko przyrumienione więc odwróciłem je na drugą stronę - niestety działa mi tylko górna grzałka i spód był miękki i taki "nie bardzo".
Wynik: ciastka niezłe tylko brakowało w nich bakalii. To zarówno moje zdanie jak i reszty rodziny. Zwykłe orzechy uratowałyby temat, a jeszcze jakieś suszone owoce...
Wrócę do "części serowej": po trzech godzinach prasowania odwinąłem to coś co miało być serkiem. Przy pierwszym dotknięciu rozleciało mi się na sojowe "wióry" :). Prawdopodobnie maszynka za mało to rozdrobniła, być może takie coś nie zetnie się tak po prostu od octu tylko potrzebuje czegoś więcej. Wiem, że daje się zagęszczacze ("sklejacze"), a u mnie tego zabrakło. No ale miałem co miałem - przegotowaną i doprawiona okarę. Dodałem oliwy i mam "coś na chleb" :) Nie lubię wyrzucać jedzenia...
A co z mlekiem? Trafiło na kilka godzin do lodówki, piłem dopiero wieczorem. Ma bardzo silny, roślinny smak, taki "strączkowy" :). Tak prawdę mówiąc średnio mi odpowiada, spróbuję je jeszcze doprawić czymś, może chociaż dosłodzić. Nigdy nie piłem mleka sojowego i nie wiem jak smakuje to ze sklepu. Chociaż bez względu na to podejrzewam, że moje i tak smakuje bardziej NATURALNIE :).
środa, 4 listopada 2015
Mleko roślinne cz. 2 – mleko owsiane.
Komu by się chciało bez przerwy
obierać orzechy? Mnie nie :). Trzeba było wymyślić inne mleko.
Przeczytałem o owsianym... hmmm... owsianka jest tania i
jednocześnie bardzo zdrowa.
Kiedy jednak zacząłem „wnikać w
szczegóły” zaczęły się chody. W przepisie który miałem na
początku pisało żeby owsiankę zalewać zimną wodą bo się
poskleja. W innym przepisie znalezionym w necie autor (lub autorka)
wspomina, że woda ma być gorąca. W kolejnym przeczytałem, że ma
być ciepła a w jeszcze innym, że zalewamy wrzątkiem :)
Pozostały eksperymenty. Na początku
chciałem wypróbować ten sposób z wodą zimną, niestety akurat
nie było wystudzonej więc zalałem taka jaka była czyli ciepłą
:). Zostawiłem na jakieś dwie godziny w związku z czym owsianka
MOCNO napęczniała. Potem mikser – od razu „drutki”,
namoknięta owsianka jest bardzo miękka i nie trzeba się specjalnie
męczyć. Kilka minut miksowania i odcedzam. Owsianka puściła
trochę ”kleju” w związku z czym szmatka zatkała się prawie od
razu. Ale jak poprzednio – najpierw łyżeczka, potem „dojenie”
i poszło całkiem nieźle.
Smak - z początku prawie zawód, „no
niezbyt, niezbyt...”. Odrobinkę dosłodziłem i schowałem do
lodówki. I nie wiem co mnie tknęło ale na drugi dzień zabrałem
toto do pracy. Niespodzianka – wypiłem z przyjemnością i
chciałem więcej :) Niespodzianka? ;)
Do tej pory eksperymentowałem jeszcze
z zalewaniem wodą zimną i gorącą.
Przy zimnej mleko szybko się rozwarstwia ale wystarczy zamieszać i można pić. Smak jest troszkę inny ale opisać dokładnie nie potrafię. Może jako „odrobinę bardziej mączny”. Jednak biorąc pod uwagę cenę owsianki i prostotę przygotowania warto po prostu sprawdzić samemu.
Przy zimnej mleko szybko się rozwarstwia ale wystarczy zamieszać i można pić. Smak jest troszkę inny ale opisać dokładnie nie potrafię. Może jako „odrobinę bardziej mączny”. Jednak biorąc pod uwagę cenę owsianki i prostotę przygotowania warto po prostu sprawdzić samemu.
Po zalaniu wodą gorącą otrzymujemy
mleko bardzo kleiste. Mnie ostatnio wyszło coś w rodzaju rzadkiego
budyniu. Może ktoś lubi ale ja nie za bardzo. Wpadłem jednak na
kreatywny pomysł i rozcieńczyłem wodą :) Oczywiście całość
lekko posłodzona, ale naprawdę niedużo. Smak – genialny.
Następnym razem zamiast słodzić
spróbuje doprawić na ostro :)
I na koniec drobne porównanie: mleko
owsiane kupowane w sklepie to wydatek rzędu 8 – 10 zł za litr. Z
paczki owsianki (500 g) zrobisz ok. 3 litry mleka, tak „na oko”
licząc, ilość zależy chyba trochę od metody. Koszty przekalkuluj
sobie sam.
I poeksperymentuj z temperaturą wody i
czasem namaczania – warto znaleźć najlepszą dla siebie metodę.
wtorek, 3 listopada 2015
Mleko roślinne – miłość od drugiego łyku cz. 1.
Z mlekiem roślinnym u mnie to cała,
chociaż bardzo niedawna historia..
Zaczęło się od tego, że
postanowiłem zrobić. Na pierwszy ogień poszły orzechy włoskie.
Tych u mnie nie brakuje... :)
Przepisów w Internecie znajdziesz dużo. Powtarzał ich nie będę, tylko gwoli
wprowadzenia tych co pierwsze słyszą krótka informacja: miksujecie
orzechy (tudzież coś innego) z wodą, odcedzacie płyn od stałych
części i macie mleko roślinne. Niektóre trzeba przegotować,
niektóre można na surowo. Temat pewnie będzie wracał i powoli się
wyjaśniał, niecierpliwi mogą poszukać na własną rękę.
Do rzeczy – obrałem orzechy.
Zdawałem sobie sprawę, że mój mikser prawdopodobnie nie da rady
więc musiałem kombinować inaczej. Więc skręciłem orzechy w
maszynce do mięsa :), zalałem wodą i dopiero wtedy w ruch poszedł
mikser. Na początku ambitnie próbowałem miksować końcówką z
nożykiem ale szybko założyłem zwykłe „druciki” - całość
była i tak nieźle rozdrobniona. Potem sitko z dodatkową „szmatką”
(kawałek pieluchy tetrowej) i odcedzam. Nawet nieźle szło chociaż
szmatka szybko się zatkała. Pomagało mieszanie łyżeczką. Na
koniec oczywiście odciśnięcie resztek w szmatce, takie prawie
dosłowne „wydojenie” mleka :)
Próba smaku.... Hmmmmm... jak na mleko
trochę zbyt „wytrawne”. Sprawę załatwiła odrobina cukru.
Spróbowałem - „może być, wleję do słoika i będę trzymał w
lodówce”. Jednak kilka minut później postanowiłem wypić
jeszcze jeden łyk. Podniosłem słoik do ust, napiłem się... i
piłem dopóki nie opróżniłem całego :)
Po tym mleku już nawet na kolację nie
miałem ochoty, orzechy są jednak bardzo sycące.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)